Przeprowadziłam eksperyment.
I to wcale nie byle jaki, bo zaangażowany był w niego cały autobus nr 160 (trasa Centralny-Targówek).
Tenże autobus przewoził dwie obywatelki jednego z państw położonych na zachód od Polski. Ogólnie jest znaną teoria, że Polacy uśmiechają się mało, jeśli nie zbyt mało, że jeden drugiemu wilkiem i jedynie z byka patrzy. Jako, że miałam idealne warunki, by przetestować powyższe założenie, na te pięć przystanków, które dzieliły mnie od punktu docelowego, zamieniłam się w pogromcę mitów.
Więc uśmiech do pierwszej lepszej naprzeciwnej, całkiem nieźle wyglądającej pani ( do mężczyzn uśmiechałam się sporadycznie, bo nigdy nie wiadomo co taki sobie pomyśli i w jakim celu odpowie i czy przypadkiem nie wysiądzie zaraz za tobą zamieniając momentalnie twoje nogi w galaretę, wcale nie z powodu dobrego wrażenia), niestety z marnym skutkiem, pani zmierzyła mnie spojrzeniem zdecydowanie nieprzychylnym.
Więc zaraz uśmiechem w następną. Nie osiągnęłam nic poza szybką ucieczką, zarówno oczu w bok, jak i z pola mojego widzenia.
Żeby nie robić z siebie dalej kretyna, wycelowałam tym razem w jedną z przedstawicielek zagranicy, która akurat na mnie patrzyła. Nareszcie! Kobiecina odśmiechnęła się i to całkiem miło.
Z tym, że po chwili zamarłam przerażona. Bo jak to, jedna babka nie stąd może się uśmiechnąć, a dwie bardzo stąd nie mogą?
Zniechęciłam się, chyba trochę za szybko. Ale do eksperymentu postanowiłam wrócić.
Za to wczoraj w przychodni (pełno małych dzieci i ja jedna całkowicie nie pasująca, bo za duża, tylko głowa mnie rozbolała) wszystkie matki chorych dzieci jak jedna wielka rodzina. A mój to ostatnio trzydniówkę przechodził! Boże jedyny, a moja jakiejś wysypki dostała, pani kochana ja już mam dość, co dwa tygodnie choruje.
Jednego żałuję. Że w takim autobusie nikt na trzeźwo i przy zdrowych zmysłach się do ciebie nie odezwie (ba!), ale gdy przyjdzie do narzekania, to cała przychodnia gotowa.